Stefan Michalczak (ur. 1921, Herren Steinfeld) podczas okupacji niemieckiej pracował w gminie, jednocześnie zaczynając współpracę z ruchem oporu. Jesienią 1941 po wpadce uciekł do Starachowic, gdzie pod fałszywym nazwiskiem pracował z zakładach zbrojeniowych. Od stycznia 1943 zaprzysiężony jako żołnierz Armii Krajowej w drużynie dywersyjno-sabotażowej w ramach Podobwodu Iłża Inspektoratu Starachowice. Po wojnie pracował w gminie Kazanów.
[00:00:07] W czasie akcji „Szarego” w październiku 1943 boh. nie pracował w zakładach zbrojeniowych w Starachowicach. Pracował w fabryce wcześniej, w 1942 r., zachorował i trafił do szpitala. Lekarz orzekł, że jego stan jest beznadziejny i ojciec zabrał go do domu. Na komisji lekarskiej przyznano mu zasiłek chorobowy. Na zasiłku był do połowy maja 1942. Boh. był w Starachowicach od 1 października 1941. Pojechał tam myśląc, że będzie się ukrywał, ale dostał papiery na nazwisko Michalski i załatwiono mu pracę w zakładach zbrojeniowych, w wydziale stara pociskownia.
[00:02:06] W styczniu 1943 był zaprzysiężony. Zwerbował go Bolesław Papi. Przed przysięgą boh. poszedł do kościoła – treść przysięgi. Dowódcą był kpt. Radomski.
[00:04:03] Do 14 maja [1942] boh. mieszkał na wsi i utrzymywano się z zasiłku chorobowego. 14 marca w szpitalu w Iłży zmarła matka. W maju boh. złożył podanie o pracę w zarządzie miejskim w Starachowicach. W międzyczasie spotkał wicewójta Jana Kniotka i poprosił o zaświadczenie, że pracował w gminie do 14 maja, żeby ukryć pracę w zakładach zbrojeniowych. Dostał odpowiedni dokument i dołączył go do podania o pracę. Jako były pracownik gminy znał się na księgowości, potrafił pisać na maszynie. W magistracie były różne działy, pracując w dziale aprowizacyjnym nie wiedział, co się dzieje w administracji.
[00:06:00] Wspomnienie okoliczności przyjęcia do pracy w magistracie – pomoc pana Rachtana, kierownika wydziału organizacyjnego, zatrudnienie jako pomocnik wymiaru podatku miejskiego. Wcześniej w gminie zajmował się podatkiem wyrównawczym. Potem został przeniesiony do wydziału organizacyjnego. Tam zajmował się wypełnianiem kenkart na maszynie. Następnie przeniesiono go do wydziału opieki społecznej, a po krótkim czasie do aprowizacyjnego. Nie był tam lubiany i nie czuł koleżeństwa, bo pracowali tam poznaniacy.
[00:08:20] W magistracie pracowała młodzież. Jedna z koleżanek, Urszula Urbanowicz, córka przedwojennego kapitana WP, zauważyła, że boh. je suchy chleb – rozmowa o jego sytuacji rodzinnej. Inni w czasie przerwy obiadowej jedli kanapki z wędliną. Pewnego dnia koleżanka zapytała, czy boh. należy do konspiracji – jej obserwacje poczynione w urzędzie. Boh. przepisywał na maszynie rozkazy, które mu dostarczano. Pracownicy mieli dyżury do godz. 22, a na drugi dzień wolne. Boh. często brał dyżury za innych pracowników, aż woźny zaczął coś podejrzewać. Kancelarie były na I piętrze, na dole była kuchnia rodziny woźnego. Boh. zauważył, że woźny go obserwuje i uprzedził kolegów z wydziału, że „to jest nie nasz człowiek”. Żona woźnego figurowała jako woźna, a on pracował w zakładach zbrojeniowych, ale de facto zastępował żonę. Boh., żeby wygłuszyć pisanie na maszynie, podłożył pod nią koc. Pewnego dnia zaskoczył woźnego podsłuchującego pod drzwiami. Gdy wkroczyli sowieci, woźny z nimi uciekł zostawiając żonę.
[00:12:48] Boh. przyznał się Urszuli Urbanowicz, że należy do konspiracji, a koleżanka poprosiła o wprowadzenie do organizacji. Dowódcą plutonu był kierownik wydziału opieki społecznej, który zgodził się na przyjęcie Urszuli, która znała niemiecki. Po załatwieniu sprawy boh. dostał od koleżanki 10 kartek żywnościowych. W wydziale aprowizacyjnym wpisywano wymyślono nazwiska i brano kartki żywnościowe ze starostwa.
[00:14:50] 23 sierpnia 1943 miały miejsce duże aresztowania w Starachowicach. Gestapo aresztowało dwóch kolegów z wydziału aprowizacji: kierownika Kowalewicza i pracownika Władysława Majewskiego. Pozostali stali na baczność. Inna grupa gestapowców zabrała burmistrza. On i Majewski nie wrócili, wrócił Kowalewicz, ale szybko zmarł. Kierownikiem wydziału został Stanisław Runowski, dwójka jego dzieci także działała w konspiracji. Pracownicy działu mieli zaufanie do boh. Koleżanka powiedziała mu, że będzie potrzebna duża ilość kart żywnościowych, które miał pobierać ze starostwa i przekazywać szefowej łączności Jadwidze Walendzik. Na „martwe dusze” pobierano 350 kartek. Często były kontrole list i trzeba było uważać.
[00:17:50] Siostra Urszuli Urbanowicz pracowała w niemieckim urzędzie i przygotowano fałszywe niemieckie kartki. Ta żywność miała być dla najbiedniejszych i tych, co się ukrywali. Wcześniej boh. został przeniesiony do biura meldunkowego. Potrzebne były „lewe” nazwiska. Tam przychodziła żandarmeria z listami nazwisk ludzi do aresztowania, a urzędnicy szukali adresów. Żandarm, prawdopodobnie Ślązak, nawiązał dobre relacje z urzędnikami – gdy mówił „Heil Hitler”, można było otwarcie rozmawiać. Inne hasło „kuku” oznaczało, że jest w towarzystwie gestapowców.
[00:20:02] Boh. zauważył, że jedna z koleżanek, Halina Rachtan, „krochmali się do gestapowca”. Dziewczyna miała dwóch braci w więzieniu. Ojciec, Stefan Rachtan, był zastępcą kierownika wydziału administracyjnego w magistracie. Chłopaków wyciągnięto z więzienia i trafili do partyzanckiego oddziału „Szarego”. Boh. zwrócił uwagę koleżance – jej odpowiedź i powody emablowania gestapowca. W lusterku dziewczyny odbijały się nazwiska z listy trzymanej przez Niemca.
[00:22:16] Zadaniem boh. było dostarczanie kenkart. Nawiązał kontakt z Niemką, pracownicą wydziału paszportów, która nie znała polskiego. Udawał, że się w niej zakochał. Kobieta dawała mu czyste kenkarty, które były drukami ścisłego zarachowania. Dokumenty przekazywał do tajnego biura łączności. Ta działalność udawał się do samego końca, do wkroczenia sowietów. Na kilka dni wcześniej gestapo aresztowało znajomą, prawdopodobnie za współpracę z podziemiem. Nie udało się dowiedzieć, co się z nią stało.
[00:23:55] Sytuacja po wejściu sowietów – kradzieże, czerwonoarmista w obecności wszystkich pracowników wydziału i burmistrza chciał ściągnąć boh. obrączkę z palca i ukraść maszynę do pisania. Boh. zastosował fortel i żołnierz zabrał gorszą maszynę
[00:25:35] Niemcy aresztowali burmistrza, poznaniaka, który nie wrócił z Oświęcimia. Na jego miejsce przyszedł burmistrz komisaryczny, mianowany przez Niemców, ale „nasz człowiek”. Boh. zauważył, że działa w konspiracji. Po nim mianowano Kazimierza Janczewskiego, właściciela składu aptecznego. Przed wojną sekretarzem gminy był Stanisław Sokół.
[00:26:38] Siostra Urszuli Urbanowicz, Sylwia, dawała listy „martwych dusz” i na tej podstawie pobierano niemieckie kartki żywnościowe. Te kartki były dla najbardziej potrzebujących. Pewnego dnia do sklepu dla Niemców przyszedł mężczyzna, który nie znał języka. Sprzedawca zainteresował się, skąd ma kartkę i odebrał mu ją, mężczyzny nie zatrzymano. Przez jakiś czas zaprzestano tej działalności, potem do tego wrócono.
[00:28:10] Bez talonów nie można było kupować odzieży, butów – załatwianie talonów dla kolegów z konspiracji. Boh. znał tylko 2-3 kolegów z plutonu. Czasem w niedziele spotykano się w budynku sądu, który miał trzy wejścia. Członkowie konspiracji mieli swoje klucze i każdy wchodził innym wejściem. Sąsiedzi nie interesowali się tym, co dzieje się w budynku. Boh. poznał dowódcę plutonu, kierownika wydziału opieki społecznej, Kazimierza Malińskiego ps. „Szef”.
[00:30:15] Działalność konspiracyjna trwała do wkroczenia sowietów. Boh. brał zmiany za innych pracowników magistratu i w tym czasie przepisywał rozkazy. Przychodzili po nie łącznicy. Kierownik wydziału zorientował się, czym boh. się zajmuje. W magistracie większość pracowników stanowili poznaniacy, po wyzwoleniu wyjeżdżali w rodzinne strony. Kierownik zaproponował burmistrzowi, Józefowi Stefanowiczowi, by boh. objął jego stanowisko kierownika wydziału. Burmistrz Stefanowicz kazał pracownikom zdjąć krzyże w pokojach, boh. tego nie zrobił. Nowy burmistrz był ateistą, przedwojennym komunistą, nie umiał się podpisać. W sprawie krzyża boh. był wzywany kilka razy. Dawny kierownik boh. był nowym wiceburmistrzem. Usłyszał awanturę i przypomniał Stefanowiczowi, że widział nad jego łóżkiem obrazek św. Józefa – tłumaczenie burmistrza.
[00:34:00] Nowy burmistrz nie czuł sympatii do boh., ale mianował go p.o. kierownika. Od 1 maja [1945] boh. objął stanowisko. Po pochodzie [pierwszomajowym] wiceburmistrz pojechał do gorzelni i dostał od znajomego 50 litrów spirytusu. Załatwiono jedzenie i burmistrz zaprosił starostę Tadeusza Chomania, kierownika szkoły w Brodach Iłżeckich, pepesowca wrogo nastawionego do kościoła. W magistracie zebrało się kilka osób. Po wyzwoleniu w styczniu 1945 boh. dostał kartę wcielenia do wojska. We wrześniu 1944 wziął ślub. Kartę z wojska spalił. Listonosz był przechrzczonym Żydem, powiedział, że zostawił list pod drzwiami, a boh. udawał, że nic nie dostał. W kwietniu [1945] otrzymał drugie wezwanie z kartą mobilizacyjną i biletem do jednostki. Bał się, ze tym razem się nie wymiga. Na spotkaniu 1 maja ze starostą wiceburmistrz poprosił go o interwencję w sprawie boh. – rada starosty. Boh. zaniósł do niego podanie, w kancelarii spotkał znajomego i skorzystał na tym, że starosta był w dobrym humorze. 8 maja pojechał z wyreklamowaniem z wojska do RKU do Ostrowca – zachowanie kaprala. Potem stanął przed komisją, w której był m.in. lekarz – odroczenie.
[00:41:02] W październiku [1945] dostał wezwanie na komisję lekarską. Zasiadał w niej m.in. pracownik Urzędu Bezpieczeństwa Wilk, „łobuz nad łobuzy”. Ubek ubliżał poborowym, wymyślał im od sługusów hitlerowskich i magistrackich piesków. W komisji był też kaleka, który powiedział, że boh. był w partyzantce i wymienił nazwiska kilku partyzantów – kolejne odroczenie. Wezwano go ponownie, gdy pracował w starostwie.
[00:43:12] W sierpniu-wrześniu [1945] ponownie uruchomiono wypisywanie kart na „martwe dusze”. Do wydziału przyszła nowa pracownica. Boh. od początku nie darzył jej sympatią i ostrzegł współpracowników, że to wtyczka. To się potwierdziło. Po jakimś czasie za dobre i terminowe rozliczenia dostano w nagrodę po 5 kg cukru z wydziału aprowizacyjnego. Nowa pracownica też dostała. Boh. chciał zmienić pracę i zaproponował awans swojej zastępczyni Janinie Stawskiej – rozmowa z burmistrzem na temat cukru. Boh. został przeniesiony do wydziału podatkowego na kierownika wydziału egzekucyjnego.
[00:46:55] W 1942 r. boh. zaczął pracę w Zarządzie Miejskim w Starachowicach. Praca w wydziale podatkowym nie odpowiadała mu. W międzyczasie uruchomiono trzymiesięczny kurs dla urzędników nie mających wykształcenia średniego. Boh. chciał się uczyć, ale burmistrz nie oddelegował go. Poprosił o urlop i pojechał do Kielc. Miał pecha i spotkał burmistrza, ale nie powiedział mu, w jakiej sprawie przyjechał. Kierownik kursu Samsonowicz przyjął boh., pomimo, że nauka już trwała. Boh. na zakończenie kursu zdał egzamin z osiemnastu przedmiotów.
[00:50:05] Zmiana pracy – przejście do starostwa. Tu w wydziale powiatowym dostał stanowisko inspektora ds. pracowników samorządu gminnego. Wśród kilku osób zespołu był tylko jeden członek partii, Wacław Schabowski, partyzant od „Szarego”, ojciec wielodzietnej rodziny. W październiku 1950 powstały Rady Narodowe. Boh. pracował od 1948 r. i w pierwszym tygodniu pracy wyjechał na konferencje sołtysów i protokołował je. Był w Lipsku, Iłży i Starachowicach. Jako protokolant wywiązał się z zadania i zdobył zaufanie starosty Tadeusza Chomania.
[00:53:05] Powstały Rady Narodowe i nowym przewodniczącym został Wojciech Budulski. Wezwał do siebie boh. i spytał, gdzie należał w czasie okupacji. Boh. wypierał się działalności konspiracyjnej – rozmowa z przełożonym. Po kilku dniach boh. poszedł z przewodniczącym do Komitetu Miejskiego PZPR. W jednym pokoju byli wszyscy sekretarze, szef UB, komendant powiatowy MO. Boh. został przedstawiony jako kandydat – jego reakcja, nominacja na stanowisko kierownika wydziału pracy i pomocy społecznej. Pierwszy kierownik wydziału był andersowcem, ale wywiad wojskowy to rozpracował i został zwolniony. Drugim kierownikiem był Stawski, mąż znajomej, jego też zwolniono. Boh. nie przyjął posady. Na drugi dzień przewodniczący powiadomił go, że ma angaż. [+]
[00:58:02] Przewodniczący pytał, czy żona boh. pracuje – kwestia wilczego biletu, brak pracy i prawa do głosowania. Boh. miał pracę w magistracie dzięki wiceburmistrzowi, ale jego żona nie mogła znaleźć posady. Taki stan trwał do sierpnia 1949 – po interwencji przewodniczącego żonę zatrudniono w przychodni zdrowia na drugą zmianę. Po urodzeniu dziecka nie chciała wrócić do pracy i oddała już wypłaconą pensję.
[01:02:06] Prezydium Rady Powiatowej organizowało sadzenie lasu w czynie społecznym. Co niedziela podstawiano samochody i wieziono pracowników do lasu odległego o 50-60 km. Jeżdżono do czerwca 1952. W sobotę wezwano wszystkich pracowników, 145 osób. W tym czasie dziecko boh. chorowało. Z czynu społecznego zwolniono trzy osoby. W niedzielę przywieziono picie i jedzenie na czyn społeczny, ale nikt się nie stawił, przyszli tylko ci, którzy zostali zwolnieni. Czyn się nie odbył. Boh. został zwolniony z wyjazdu, ponieważ miał jechać z dzieckiem do kliniki w Łodzi. W poniedziałek przewodniczący zwołał zebranie wszystkich pracowników – przebieg zebrania. Boh. nie został dopuszczony do głosu. Ze zdenerwowania rozbolała go głowa, gdy wychodził z pracy źle się czuł i kolega zaprowadził go do przychodni. Felczer widział, że jest w złym stanie, ale nie zbadał go. Gdy wyszedł z ośrodka, upadł i kolega dociągnął go do domu.
[01:08:30] Żona zadzwoniła po pogotowie, lekarz dał mu zwolnienie z pracy na tydzień, ale nie powiedział co się dzieje. Potem boh. dostał skierowanie do sanatorium w Krynicy, ponieważ przeszedł zawał. W sanatorium miał zabiegi borowinowe, leżąc w wannie zasłabł. Gdy wrócił z Krynicy, dostał skierowanie na komisję lekarską, był na długim zwolnieniu, ale wrócił do wydziału pracy i pomocy społecznej.
[01:12:07] Boh. co tydzień wzywano na „dywanik” do komitetu partii. Wyzywano go tam od sługusów londyńskich, reakcjonistów. W wydziale było kilku werbowników, którzy jeździli w teren i namawiali ludzi do pracy w kopalniach. Ludzie brali pieniądze na drogę i ubrania, ale nie jechali do kopalń. Za to boh. odpowiadał - uważano, że utrudnia wysyłkę pracowników do kopalń. Boh. zobowiązał się do cotygodniowych wyjazdów na werbunek, ale poprosił o ochronę, pracownika UB po cywilnemu i obecność kogoś z komitetu. Kilka razy wyjechano w teren. Pewnej niedzieli przejeżdżano przez Kępę Kościelną, gdy ludzie wychodzili z kościoła. Sekretarz był kadrowym w zlikwidowanej później kopalni rudy żelaza w Starachowicach. Na widok wiernych powiedział, że bydło wychodzi z obory – komentarz boh. Na drugi dzień został wezwany do komitetu. Jego sytuacja się pogorszyła. [+]
[01:14:48] Boh. wezwano do komitetu, na spotkaniu było dwóch sekretarzy i kadrowiec. Atmosfera była taka, że boh. rozpłakał się i powiedział, że nie przyjdzie do pracy. Kadrowiec zawołał go do siebie i powiedział, że zna jego brata Janka i poradził, by złożył rezygnację, ale musi kogoś dać na swoje miejsce. Nagonka była celowa [+]. Jeden z pracowników, przedwojenny starszy sierżant Pastuszka, ukrył przeszłość i pracował w opiece społecznej w gminie.
[01:17:20] Po awansie boh. dostał mieszkanie służbowe, dwa pokoje z kuchnią. Żona nie chciała się tam przeprowadzić uznając, że boh. nie będzie długo kierownikiem. W lokalu służbowym mieszkała woźna. Boh. rozmawiał ze Szczepanem Pastuszką i powiedział o mieszkaniu służbowym – postawiony warunek. Boh. poszedł do kierownika i powiedział, że chce przejść z kierownika na referenta. Pastuszka napisał podanie i został przyjęty do pracy. Boh. przeniesiono, miał jedną pracownicę, która nie była koleżeńska.
[01:20:22] Po jakimś czasie boh. wezwał przewodniczący [Rady Narodowej] i zapytał, czy wie, kto zajął jego miejsce. Boh. powiedział, że nie i dowiedział się, że Pastuszka jest gorszym reakcjonistą niż on. Władze dowiedziały się, że to starszy sierżant, który przed wojną miał ordynansa. Pastuszka został zwolniony, a boh. nie wezwano do komitetu. Na zwolnione miejsce przyjęto chłopaka po szkole podstawowej, „sługusa numer jeden”. Potem, gdy boh. uczył się wieczorowo, nauczycielką była córka Szczepana Pastuszki.
[01:22:44] Boh. pracował do czerwca 1968. Przeczytał w gazecie ofertę pracy ze spółdzielni mieszkaniowej w Kielcach. Pojechał tam i rozmawiał z dyrektorem, okazało się, że ich żony to koleżanki. Dyrektor wiedział o jego działalności i przyznał się, że pracował wcześniej w starachowickim Urzędzie Bezpieczeństwa. Boh. poszedł do przewodniczącego [Rady Narodowej] z podaniem o wyrażenie zgody na przeniesienie – powód braku zgody, propozycja innego stanowiska. Wydział zajmował się sprzedażą nieruchomości pożydowskich i mienia opuszczonego. Boh. miał zostać kierownikiem z pozostawieniem stanowiska sekretarza rozdziału materiałów budowlanych. Początkowo nie zgodził się na nową posadę, ale przekonano go. Poprzedni kierownik miał sprawę w sądzie o łapówki.
[01:28:27] Były dyżury do godz. 22, a następny dzień był wolny. Boh. pojechał do Kielc do magistra Samsonowicza, który powiedział mu, że jest drugi kandydat, pracownik inspektoratu szkolnego, który nie ma pojęcia o gospodarce komunalnej, o pracy w dużym wydziale komunalnym i mieszkaniowym. Wnioskowano, by tę posadę objął boh. Samsonowicz powiedział mu, że nie nadaje się do pracy w spółdzielni mieszkaniowej – podane powody. Boh. został kierownikiem wydziału, ale nie dostał niczego na piśmie. Po ośmiu miesiącach zwolniono pracownika bez jego wiedzy. Poszedł w tej sprawie do przewodniczącego, który oznajmił, że dostanie nowego pracownika. Odpowiedział, że nie chce szpicli w wydziale i udało mu się ocalić swojego pracownika. Boh. pracował nawet w niedziele.
[01:31:42] Handlarka przywoziła cielaki [cielęcinę]. Boh. jako zaufany pracownik miał klucze do pokoiku bez okna i tam dokonywano transakcji. Pewnego dnia woźny Adam Kowalski, pijaczyna, członek partyjnej egzekutywy, powiedział, że boh. jest frajerem pracując tak ciężko – poczucie, że coś się szykuje. Przewodniczący go wezwał i kazał przygotować akta do przekazania. Na jego miejsce przyszedł Bakalarczyk, dwudziestosześciolatek. W tamtym momencie boh. miał za sobą 28 lat pracy. Boh. napisał podanie o zwolnienie, ale powiedziano mu, że jego pobory nie zostaną zmniejszone.
[01:35:00] W Wielkim Tygodniu boh. jeździł do Kielc i kupował katolickie kartki świąteczne. Jeśli coś mu zostało, to odsprzedawał je zaufanym pracownikom. Zachowanie nowego kierownika. Zwierzchnik kupił od boh. dwie kartki. W Wielki Piątek boh. zobaczył, że nie są wypełnione [do wysłania] i uznał, że to haczyk na niego. Poszedł z podaniem o zwolnienie z pracy, ale kazano mu się uspokoić. Kierownik poprosił, by pojechał na naradę do Kielc. Następnego dnia okazało się, że kierownik jest w Kielcach. Pojechał tam wypytać, czy boh. nic nie mówił na jego temat. Boh. był kierownikiem rozdziału materiałów budowlanych i kredytów. Zwierzchnik wysłał go w teren i pojechał za nim. Boh. przyznał jakiejś kobiecie kredyt na budowę domu. Jego szef pytał ją, ile łapówki za to dała. Inna kobieta chciała mu dać łapówkę za przyznanie większej ilości materiałów budowlanych. Boh. nie przyjął łapówki.
[01:39:18] Kierownik zaplanował wyjazd na kontrolę zakładu gospodarki komunalnej i mieszkaniowej w Urzędzie Miejskim w Iłży. Boh. dostał delegację uwzględniającą bilety PKS, kolejka wąskotorowa była tańsza i poprosił o zmianę środka transportu. Gdy przyjechano do Iłży, kierownik już tam był – spóźnienie ciuchci. Boh. przy świadkach zrugał swojego przełożonego, nazwał go szpiclem i odmówił przystąpienia do pracy. Relacje bezpartyjnego boh. z członkami partii. Boh. notował wszystkie konflikty z przełożonym.
[01:42:45] Na drugi dzień po incydencie w Iłży boh. poszedł do przewodniczącego [Rady Narodowej] – prośba o spotkanie w szerszym gronie, w tym z kierownikiem. Boh. przedstawił swoje notatki i poprosił o natychmiastowe zwolnienie z pracy. Dowiedział się, że jest wolny etat w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, gdzie pracował od maja do czerwca 1948. Przewodniczący rady miejskiej kazał mu napisać podanie o przeniesienie. Został tam zastępcą kierownika wydziału gospodarki komunalnej i mieszkaniowej. Pismo złożył w sekretariacie, po dwóch dniach wezwał go przewodniczący, mówiąc o planie pięcioletnim – warunek wydania zgody na przeniesienie. Przewodniczący rady miejskiej zgodził się zaczekać na boh. Gdy zrobił pięcioletnie plany, zapłacono mu za to i dostał zgodę na przeniesienie od 1 kwietnia 1966 do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Okazało się, że wpadł z deszczu pod rynnę. Po cichu dowiedział się, na kogo ma uważać.
[01:47:27] Boh. został dopuszczony do matury i w lutym dostał świadectwo dojrzałości. Gdy był kierownikiem wydziału, w pracy były podwyżki. Jego pracownicy dostali po 300 zł, a on 100. Przewodniczący powiedział mu, że przyczyną jest brak pełnego średniego wykształcenia. Boh. pokazał mu świadectwo i dostał taką podwyżkę jak wszyscy.
[01:48:15] Było miejsce pracy w jednostce wojskowej oddalonej o 12 km. Żona prowadziła kursy gotowania i pieczenia, złożyła tam podanie i została przyjęta. Córka zdała egzamin do liceum, z powodu wyjazdu rodziny na urlop zrobiono go specjalnie dla niej. Boh. nie chciano dopuścić do matury i chodził do szkoły dwa razy dłużej. Po powrocie z urlopu poszedł do kierownika szkoły i dowiedział się, że w sprawie córki był telefon z Urzędu Bezpieczeństwa. Mimo dobrze zdanego egzaminu nie mogła być przyjęta – kwestia nie ujawnienia przeszłości okupacyjnej boh. Kolega, który należał do władz ZBoWiD, poradził by boh. napisał krótki życiorys, a on mu wszystko załatwi. W Komitecie Miejskim przeszedł jednym głosem, tego właśnie kolegi – przyjęcie do ZBoWiD. Gdy pokazał legitymację, córka została przyjęta do szkoły. Warunkiem było, by boh. został szefem komitetu szkolnego. Mógł sobie dobrać współpracowników, ale wiedział, że będzie tam też pracownik aparatu bezpieczeństwa. Boh. zgodził się. Komitet został jednogłośnie zatwierdzony. Boh. szczerze porozmawiał z podstawionym milicjantem.
[01:54:10] Żona dostała pracę w wojsku, ale wywiad wojskowy dowiedział się, że ukrywano rodzinę we Francji. Był rok 1968, krewni wyjechali z Polski we wrześniu 1928. Żonę zwolniono z pracy. Dostała trzymiesięczne wymówienie, nie musiała przychodzić do jednostki. Boh. zajęła się Służba Bezpieczeństwa – przesłuchania, naciski by współpracował. Poszedł do przyjaciela, przedwojennego porucznika i partyzanta, także pozbawionego praw obywatelskich – jego rada. Na kolejne przesłuchanie przyszło dwóch esbeków. Mieli przygotowany dokument – zmuszanie siłą do złożenia podpisu, szarpanina. Boh. powiedział, że nie będzie współpracował z bandytami i mogą go zamknąć. Znajomy prosił, by żona boh. go zawiadomiła, jeśli nie wróci do domu, ponieważ miał wtyczkę w SB. Po incydencie nie wypuszczono go, siedział w pokoju zamkniętym na klucz i zastanawiał się, jak powiadomić żonę. Nie wiedział, że ostatni szef UB, Kazimierz Pawelec, po rozwiązaniu formacji przeszedł do pracy w wydziale organizacyjno-prawnym [Rady Narodowej]. Był to dobry kolega, przez jakiś czas podwładny boh. Pewnego dnia Pawelec złożył rezygnację z pracy, nie wiedziano dlaczego. Potem dowiedziano się, że został szefem Służby Bezpieczeństwa. Gdy boh. wychodził z pokoju, zobaczył go Pawelec – interwencja. Boh. został zwolniony, ale w drodze z piętra na parter po odbiór dowodu powiedziano mu „Odechce ci się, coś zaszczekał”. Boh. odebrał dowód i poszedł do znajomego. Ten powiedział, że służby mu nie darują i kazał uciekać do Rzeszowa, gdzie było duże skupisko akowców, którzy mu pomogą. [+]
[01:59:25] Boh. znalazł ogłoszenie o zamianie mieszkania ze Starachowic na okolice Kielc. Pojechano do Pionek do znajomego księdza, który obiecał pomoc finansową i też kazał uciekać. Boh. umówił się w Rzeszowie i zameldował się 12 czerwca 1968. W pracy wziął dyżur, by nie zorientowano się, co robi. Od 2 lipca miał pracować w Rzeszowie w Zjednoczeniu Wojewódzkim Przedsiębiorstw Gospodarki Komunalnej. W swoim miejscu pracy poprosił o natychmiastowe zwolnienie, ale przewodniczący nie wyraził zgody – boh. powołał się na sytuację rodzinną. W Miejskiej Radzie podlegał Misztalowi, zastępcy przewodniczącego. Poprosił o pomoc Bogusię Szczepańską, szwagierkę Misztala, a swoją zastępczynię, której powiedział, że musi uciekać, ale nie podał powodów – uzyskanie zwolnienia z pracy. [+]
[02:02:08] Boh. już pracował w Rzeszowie i jego kierownik upominał się o zwolnienie z poprzedniej pracy. Wziął urlop na jeden dzień i pojechał po dokument. Kierownik nie chciał mu go dać bez alkoholu, więc zaprosił go do knajpy. Przyszli też nauczyciele, którzy uczyli go w szkole średniej. Impreza tyle kosztowała, że nie miał na bilet do Rzeszowa i pożyczył je od teścia. Prosto z pociągu poszedł do pracy, jeszcze pijany. Jego dokumentów z ujawnienia nie wysłano na ul. Szopena do siedziby różnych służb, ale do Urzędu Wojewódzkiego. Tam szefem był akowiec, który mu pomógł. Boh. ujawnił się jako były akowiec w 1967 r. i wstąpił do ZBoWiD.
[02:04:43] UB wiedziało, że boh. był w AK. Jeden z partyzantów pracował potem w służbach i to on rozpracował boh., który konsekwentnie do niczego się nie przyznawał. Boh. dostał odznaczenia za 1939 r., w 1948 r. w Londynie nadano mu krzyż Armii Krajowej, który dostał dopiero po przemianach ustrojowych. Boh. mógł sobie zaszkodzić, gdy nie podpisał deklaracji wstąpienia do partii. Wcześniej przewodniczący nawiązał z nim relacje towarzyskie i o wiele spraw go wypytał. Znajomy szybko awansował, boh. nie wiedział, że był w partii. Boh. nie chciał podpisać deklaracji, znajomy powiedział, że biskupowi to by podpisał. Boh. przy pracownikach deklarację porwał i podeptał. Ten incydent ciągnął się za nim aż do Rzeszowa. Dlatego żona i córka także miały problemy.
[02:08:23] Córka zdała egzamin do dwuletniej szkoły medycznej w Rzeszowie, ale nie została przyjęta. Boh. poszedł do dyrektorki, która powiedziała mu, że powód nie przyjęcia to tajemnica. Odebrał ze szkoły dokumenty córki i poszedł do znajomego kierownika, dawnego akowca. Szkoła podlegała wydziałowi zdrowia – tam im powiedziano, że córka nie może być przyjęta. Przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej szanował kombatantów wszystkich opcji. Boh. napisał podanie i czekał na decyzję – pozytywne załatwienie sprawy, wspomnienie wizyty u dyrektorki szkoły. Późniejsze układy z nią – pomoc córce.
[02:12:26] W czasie pierwszych powojennych wyborów boh. i żona, Helena z d. Mrozowska, nie mieli praw obywatelskich. Nie wiedzieli o tym. Poszli na wybory i dowiedzieli się, że zostali skreśleni z listy. Boh. powiedział o tym wiceburmistrzowi i ten mu pomógł, ale nie mógł nic zrobić w sprawie żony, która pierwszą pracę dostała dopiero w sierpniu 1949. Żona miała problemy przez boh.
[02:13:40] Na przełomie lipca i sierpnia 1944 boh. wezwał dowódca obwodu AK. Powiedział, że trzech pracowników gestapo: Kijowski, Farulewski i Ludwiczak szkodzi podziemiu, trzeba ich porwać i doprowadzić do lasu. Z mężczyznami chodzili jako obstawa granatowi policjanci. Boh. miał dostać grupę uzbrojonych partyzantów, sam nie chciał mieć broni. Akcję omówiono i doszło do niej na początku sierpnia [1944]. Boh. siedział koło więzienia i dawał znaki. Pierwszego z mężczyzn zaprowadzono do knajpy. W lokalu mężczyzna się zorientował, że coś mu grozi i zdołał uciec. Po śmierci Bolesława Papi, przyprowadził matkę chłopaka do zwłok i kopał je, by przyznała, że to jej syn. Po wojnie pani Papi była w domu opieki, byli tam też teściowie boh. Odwiedzał ich i przy okazji rozmawiał z panią Papi. Drugi z mężczyzn, Farulewski, także uciekł. Złapano go w styczniu [1945] po wkroczeniu sowietów. Ludwiczak w knajpie zorientował się w sytuacji i zastrzelono go. Akcja się nie powiodła. Boh. siedział koło więzienia do godz. 21, choć o 20 zaczynała się godzina policyjna.
[02:17:44] Boh. przeżywał nieudaną akcję i zwierzył się kierownikowi Runowskiemu – jego rada. Na drugi dzień wezwał go dowódca obwodu i kazał mu iść do lasu, ponieważ Niemcy rozpracowali dwunastu uczestników akcji – kwestia zawiadomienia o zagrożeniu. Boh. miał lewe dokumenty i przepustkę nocną. Udało mu się zawiadomić jedenastu kolegów. Dwunasty mieszkał blisko, gdy boh. do niego szedł, zatrzymał go niemiecki żołnierz. Okazało się, że jest łapanka, a ulica jest obstawiona – incydent z żołnierzem, dzięki któremu nie wpadł w ręce gestapo. Boh. miał przy sobie partyzancki rozkaz. Wszystkich zatrzymanych legitymowano, podał swoje dokumenty i gestapowiec go odsunął. Potem poznał boh. jako pracownika magistratu i zwolnił go. Z boh. była narzeczona, która pracowała w niemieckim konsumie. Ją też uwolniono. W pobliskim lesie spotkał partyzantów, którzy mieli rozkaz odbicia go. Kazał im uciekać. Kawałek dalej czekał na niego dowódca plutonu, który poprosił go o kenkartę dla dziewczyny, która musiała uciekać ze Starachowic. Boh. był roztrzęsiony, ale poszedł do magistratu i od znajomej Niemki dostał dokument in blanco. W sprawie złapanych w łapance interweniował w gestapo szef magistratu. Boh. poszedł mu podziękować. Szef zapytał, czy miał coś przy sobie a ten przyznał, że rozkazy.
[02:24:34] Boh. wraz z kolegami uciekł do lasu. Skierowano ich do gajówki w nadleśnictwie Klepacze – podane hasło. Boh. poszedł do gajówki i spotkał Tomczyka, pracownika gestapo. Jego młodszy brat był w granatowej policji. Boh. był przekonany, że wpadł, ale Tomczyk pracował dla podziemia. Nadleśniczy narysował plan – incydent po dotarciu do oddziału. Partyzant, który ich przywitał, potem rozpracował boh. dla UB.
[02:27:30] Po kilku dniach dowódca poprosił o chłopaków, którzy mają dobry wzrok i słuch, skierowano ich na warty nocne. Po jakimś czasie przyjechał dowódca podobwodu, boh. znał go jako Piotrusia. Dowódca był w mundurze z dystynkcjami porucznika, boh. miał stopień kaprala. Partyzant, sprawca nieprzyjemnego powitania, został ukarany. Pewnego dnia boh. miał w porze obiadowej wartę na stanowisku odsuniętym od oddziału. Partyzanci mieli obóz na leśnej polanie i do 10 września spali pod gołym niebem. Boh. miał koc i korzystało z niego kilku kolegów – warunki w czasie deszczu. Dowódca przywiózł słomę ze wsi i zrobiono szałas, ale po kilku dniach Niemcy namierzyli obozowisko i trzeba było uciekać. Najbliższa wieś, gdzie była woda, była oddalona o 8 km. Przeniesiono się w inne miejsce.
[02:31:00] Boh. miał w porze obiadu wartę. Stojąc w krzakach zobaczył dwunastu uzbrojonych Niemców i zawiadomił oddział. Niemców dopuszczono blisko, otoczono, zatrzymano i rozbrojono. Okazało się, że to Rosjanie uzbrojeni przez Niemców, którzy uciekli z frontu. Rosjanie mieli ze sobą dużo jedzenia. Dowódca załatwił drut kolczasty i tam trzymano rozebranych jeńców. Jeden okazał się dobrym kucharzem i gotował dla oddziału, jedzenie się poprawiło.
[02:33:33] Dowódcą był Wincenty Tomasik „Potok”, jego zastępcą był przedwojenny porucznik. Rozkaz porwania trzech pracowników gestapo wydał major Jan Wojciechowski, dowódca obwodu. Franciszek Kijowski, Farulewki i Ludwiczak pracowali w gestapo i byli wrogami Polaków. Kijowski „to był bandyta numer 1, gorszy od Niemców”. Katował więźniów. Ludwiczak był przystojny, dziwiono się, że pracuje dla Niemców. W gestapo pracowali też ludzie związani z podziemiem, m.in. Tomczyk. To oni rozpracowali konfidentów. Dowódcą wywiadu AK był komendant powiatowy policji granatowej. Boh. był świadkiem, jak gestapo chciało go aresztować. Poszedł po wodę i widział strzelaninę, komendant ostatnią kulę przeznaczył dla siebie.
[02:37:12] Oddział nie miał potyczek z Niemcami. Gdy Niemcy namierzyli obozowisko, partyzanci się wycofali. W tym czasie miało miejsce polowanie. Brał w nim udział dyrektor starachowickich zakładów zbrojeniowych, szef Kreislandwirtu, poznaniak, który udawał, że nie zna polskiego, do tego dyrektor lasów państwowych. Oddział ich otoczył i prowadzono rozmowy w sprawie uwolnienia notabli. Z Radomia przyjechał szef gestapo. Uzgodniono, że zostaną zwolnieni wszyscy poza Kreislandwirtem Szczepańskim. Jeden z partyzantów rozpoznał go i powiedział, że zbił jego ojca za nieodstawienie kontyngentu. Boh. też miał z nim do czynienia, gdy pracował w gminie. Szczepańskiego skazano na karę śmierci. Kolega, szef łączności, wpadł w ręce żandarmów mając przy sobie rozkaz rozstrzelania Szczepańskiego. Wykorzystał ich nieuwagę i połknął rozkaz. Szczepański został rozstrzelany, przed śmiercią go skatowano. Boh. przy tym nie było, ale świadkiem był jego szwagier.
[02:41:44] Pewnego dnia boh. miał wartę ze szwagrem. Przyprowadzono do nich chudego, brudnego, bosego człowieka z medalikiem na szyi. Boh. rozmawiał z nim po niemiecku, okazało się, że to żołnierz, który z dwoma kolegami uciekł z frontu. Niemcy przez trzy miesiące byli w oddziale opatowskim, który dołączył do oddziału boh. Dzięki połączeniu oddziałów poprawiło się uzbrojenie, oddział dysponował także różnymi mundurami. Po połączeniu grupa liczyła ponad sześciuset ludzi. Zaopatrzenie dla oddziału brano w majątkach. Do tego przydawały się mundury niemieckie. Partyzanci przechodzili przez Iłżę, gdzie były różne niemieckie posterunki. Pewnego dnia któryś z partyzantów głupio zażartował z Niemców mówiąc, że zostaną rozstrzelani, ci przestraszyli się i uciekli. Jednego z nich złapano i dowódca dał go pod nadzór boh. – rozmowa z Niemcem, który chciał wrócić do rodziny. Dowódca boh. i dowódca oddziału opatowskiego rozkazali boh. zastrzelić Niemca – odmowa wykonania rozkazu. Do zastrzelenia dezertera niemieckiego zgłosił się szwagier – reakcja boh. Przyszło pięciu partyzantów i zabrali mężczyznę. Nie było słychać strzału, ale na pewno go zabito. Po sprawie boh. nie został ukarany. [+]
[02:49:00] 13 września boh. dostał przepustkę i poszedł do narzeczonej. Był tak zawszony, że nie chciał wejść do mieszkania. Wykąpał się na podwórku, przebrał w czyste ubrania i spał w kuchni. Rano odprowadził narzeczoną do konsumu niemieckiego, gdzie pracowała. Była łapanka, zatrzymał go żołnierz niemiecki, Ukrainiec, boh. miał w kieszeni rozkazy. Żołnierz zaprowadził go do hali w zakładach zbrojeniowych, z której usunięto maszyny. Przyprowadzano tam także innych zatrzymanych. Boh. poprosił o możliwość skorzystania z ubikacji i tam zniszczył rozkazy. Wśród złapanych było kilku pracowników magistratu i kierownik jajczarni. Narzeczona przyniosła mu śniadanie, ale nie miał apetytu. Jej ojciec pracował w wydziale przepustek jako pracownik fizyczny, nie miał dostępu do dokumentów in blanco. Kolega przyszłego teścia dał 400 czystych druków ścisłego zarachowania. Kierownik jajczarni potrafił podpisać się jak szef wydziału przepustek. Grupa była pilnowana, ale udało się przeprowadzić akcję wydawania przepustek i ludzie wychodzili za bramę. Po zmianie warty jeden z żandarmów poznał, że to nie jest podpis kierownika Niemca. Żandarm nie zapytał, skąd jest przepustka, tylko ją porwał i cofnął pechowca. Druki jeszcze były i kolejne podejście się udało. Do godz. 18 uwolniono ok. czterystu zatrzymanych. W hali zostało jeszcze kilkaset osób. Pracownicy magistratu czekali na zwolnienie. Narzeczona przyniosła dla boh. i swojego ojca jedzenie i ciepłą bieliznę, przygotowywano się do wyjazdu do Niemiec. O godz. 22 przyszło dwóch żandarmów i tłumacz i wyczytali trzy nazwiska, w tym boh., w grupie było pięciu pracowników magistratu. Boh. zrobił teściowi garb z bielizny i udało się go wyciągnąć. W rezultacie wyszło dwunastu ludzi, a nie trzech. Boh. i teść wrócili do domu i usłyszeli płacz kobiety, które martwiły się o przyszłość – wejście do domu. Teść pracował w biurze zakładów zbrojeniowych jako woźny. Na drugi dzień boh. podziękował burmistrzowi, który interweniował u starosty, a ten z kolei w gestapo. Gdy uwalniano pracowników magistratu, Niemcy, frontowi żołnierze a nie żandarmi udawali, że nie widzą co się dzieje. W rezultacie wyszło dwanaście osób zamiast trzech. Za bramą stał tłum ludzi, matki z dziećmi. W hali było kilkaset osób przeznaczonych do wywózki do Niemiec. [+]
[02:59:50] Po tej akcji boh. wrócił do lasu. Potem dostał trzy dni urlopu na ślub. Uroczystość miała się odbyć w sobotę. Boh dowiedział się od znajomego żandarma, że tego dnia będzie łapanka. Poszedł do proboszcza i zmienił termin ślubu na czwartek. Wiadomość rozeszła się wśród pracowników magistratu. Gdy wychodzono z kościoła, było tam wielu chłopaków z partyzantki, którzy dostali przepustki na uroczystość. Partyzanci wyglądali charakterystycznie, boh. radził, by się rozeszli. Szwagier i kolega dostali przepustki do północy i zostali. U teściów mieszkało trzech Niemców. Żona poprosiła ich wcześniej, by zwolnili lokum na wesele. Żołnierze się zgodzili, a wieczorem przyszli i złożyli życzenia młodej parze. W pokoju siedzieli Kazik i Staszek, którzy mieli ogolone głowy. Jeden z Niemców był w porządku, zorientował się, kto jest w pokoju i zamknął drzwi. Chłopcy uciekli, jeden do piwnicy a drugi na strych. Teść uraczył Niemców alkoholem.
[03:03:25] Boh. po ślubie nie wrócił do lasu. Od dowódcy dostał zaświadczenie, że był w partyzantce do rozwiązania oddziału, co nie było prawdą. Po powrocie z lasu boh. pracował w magistracie. Gdy był u wiceburmistrza, wszedł tam jego dowódca, okazało się, że panowie się znają. Oddział został otoczony 28 września [1944], boh. tam wtedy nie było. Po weselu szwagier i kolega wrócili do lasu. Było jeszcze ciemno, gdy ktoś zapukał do okna. Wrócił Kazik i powiedział, że oddział został otoczony. Była noc z 28 na 29 września [1944]. Chłopcy dotarli do gajówki, a gajowy zdziwił się, że tam doszli, ponieważ wokół było pełno Niemców i czołgów. Gajowy pokazał im bezpieczną drogę do Starachowic. Niemcy trzymali partyzantów w okrążeniu przez kilka dni, potem oddział został rozbity [w bitwie pod Piotrowym Polem].
[03:06:07] Boh. rozmawiał z chłopakami, którzy przeżyli. Z kilkudziesięciu zabitych zidentyfikowano 54 ciała. Po wojnie zwłoki przeniesiono na cmentarz do Iłży. W 1939 r. w Iłży Polacy walczyli długo z Niemcami. Wielu polskich żołnierzy zginęło i na cmentarzu powstała kwatera wojskowa. Obecnie corocznie odbywają się uroczystości na cmentarzu i w lesie, gdzie stoczono bitwę. Po wojnie do lasu jeżdżono ciuchcią. UB dowiedziało się o uroczystościach i zabroniono ich. Raz wynajęto trzy autobusy z MPK i kupiono wieńce. Ktoś zdradził i nie pozwolono na wyjazd. Jeden z kolegów zorganizował trzy rowery i co się dało, zawieziono na grób w lesie. Potem dochodzono kto organizował uroczystości.
[03:08:31] W czasie ataku na oddział dowódcy nie było, bo pojechał po broń. Gdy wracał, oddział już był otoczony przez przeważające siły niemieckie. Szwagier i kolega nie dotarli do oddziału, gajowy ich zawrócił. Boh. brał ślub 28 września 1944 r. Tego dnia wieczorem Niemcy otoczyli oddział.
[03:10:22] Pseudonim „Brzoza” boh. wybrał, gdy składał przysięgę. W Starachowicach został przydzielony do grupy dywersyjno-sabotażowej. Jego drużyna zajmowała się rozkręcaniem torów kolejowych, dostarczano kenkarty i kartki żywnościowe. W czerwcu 1944 przeszedł sygnał, że partyzantom brakuje żywności i odzieży. Postanowiono rozbić magazyn Baudienstu, akcja się powiodła. Boh. mieszkał wtedy u pani Skwirowskiej, z jej domu do magazynu było 400 metrów. Tu przenoszono rzeczy. Potem przez trzy dni, dopóki ich nie zabrano do lasu, spał na stertach. Boh. zostawił sobie jedną charakterystyczną koszulę i po akcji poszedł w niej do pracy. W tym czasie do koleżanki Gieni przyszedł jej ojciec, szef Baudienstu, i zobaczył boh. – reakcja na koszulę, prośba koleżanki. Boh. oddał koszulę bratu. Ojciec koleżanki nie zawiadomił żandarmerii. Po wojnie okazało się, że Rauffowie to była rodzina żydowska, Gienia Rauff była jedynaczką. W magistracie pracowały trzy rodziny pochodzenia żydowskiego, w tym Domaradzki, oraz kierownik wydziału administracyjnego i jednocześnie tłumacz.
[03:14:52] Pseudonimy w konspiracji wybierano wedle własnego uznania. Nie używano imion ani nazwisk. Boh. wybrał pseudonim „Brzoza”. Gdy przeniesiono go w magistracie do wydziału meldunkowego, to okazało się, że jeden z żandarmów ma konszachty z urzędnikami. Przy nim swobodnie rozmawiano. Żandarm wiele razy pomagał. Przyszła żona boh. pracowała w zakładach zbrojeniowych. Była tam amunicja, broń krótka. Boh. miał lewe dokumenty, poszedł pewnego wieczoru po narzeczoną, która pracowała na druga zmianę. Boh. przez dziurę w płaszczu wrzucił broń za podszewkę. Na wartowni Ukraińcy robili kontrolę, ale boh. i narzeczona nie byli sprawdzani. Broń z zakładów wynoszono rzadko, boh. zrobił to raz. Narzeczona chciała, by zostawił broń u niej. Gdy wracał do domu, został zatrzymany i obszukany, nagle usłyszał znajome hasło „kuku”. Na szczęście miał przy sobie swoje, a nie lewe dokumenty. Gdy kazano mu uciekać był pewny, że zostanie zastrzelony – stan psychiczny po dojściu do domu. Po kilku dniach do magistratu przyszedł znajomy żandarm – jego komentarz. W czasie incydentu za boh. wstawił się także granatowy policjant, starszy sierżant Stelmach. [+]
[03:20:24] Kilka dni wcześniej w pierwszym domu od lasu nocowali partyzanci. Nie wiedzieli, że przyszli do konfidenta Wrony. Była strzelanina i ofiary. Szwagier Wrony też był konfidentem, po wojnie pracował w polskim gestapo, czyli w UB. Niemcy, w tym gestapo, żandarmeria i granatowa policja pojawili się po kilku dniach myśląc, że partyzanci znów tam przyjdą. Boh. mieszkał w trzecim domu od lasu. Znajomy żandarm był Ślązakiem, przynosił do urzędu dużo jedzenia i alkoholu. Jeden z Niemców mieszkających u teściów, żołnierz Wehrmachtu, przywiózł z urlopu dużo wędliny i podzielił się z rodziną. Boh. zobaczył u niego zdjęcie Hitlera, na zarzut bycia hitlerowcem Niemiec wrzucił zdjęcie do ognia. Drugi z lokatorów był oficerem zdegradowanym na froncie wschodnim. Nie lubił Polaków, a na partyzantów mówił „bandyci”. Boh. to usłyszał, dowiedział się od znajomego Niemca, kiedy jadą na wieś po gęsi i dał znać partyzantom. Niemcy zostali zatrzymani i rozebrani do kalesonów, ten, który narzekał na bandytów dostał lanie. Po tej akcji Niemiec zmienił zdanie na temat partyzantki. Gdy znajomy żandarm przychodził, sam mówił „Heil Hitler”, „kuku” oznaczało towarzystwo gestapowców. Po incydencie na drodze znajomy żandarm powiedział, ilu tam było Niemców. Wspomnienie okoliczności, w których żandarm pomagał pracownikom magistratu. To on powiedział o planowanej w dniu ślubu łapance i dlatego przeniesiono go na inny dzień.
[03:27:37] Po rozbiciu oddziału „Potoka” nie doszło do aresztowań w Starachowicach. Ocalałych partyzantów trzeba było zaopatrzyć w kartki żywnościowe, talony na odzież, lewe dokumenty. Boh. się tym zajmował. Ukrywał dwóch kolegów w mieszkaniu. Gdy pracował w wydziale aprowizacji, dostał karteczkę od rannego kolegi Janusza Grabowskiego z oddziału „Ponurego” z prośbą o pomoc. Pojechał do wskazanej wsi, oddalonej od Starachowic o 20 km, i miał stamtąd zabrać kolegę, który nie miał dokumentów. Zabrał Grabowskiego na rower i dojechał z nim do Pawłowa. Były tam placówki żandarmerii, gestapo i granatowej policji. Ustalono, że boh. przejedzie przez wieś, a kolega ją obejdzie bokiem. Boh. dojechał w umówione miejsce i gdy czekał, usłyszał strzelaninę. Denerwował się, ale kolega zjawił się po zmroku. Dojechano do Starachowic, boh. mieszkał w centrum, jakoś udało się dotrzeć do mieszkania. Żeby być pewnym lokalu, boh. wciągnął do swojej drużyny syna gospodyni. Kolega czekał na lekarza, który nie przychodził. Pewnej nocy rozszczekały się psy. Przestraszyli się, że to Niemcy i obmyślali jak się bronić, a to była matka kolegi, która zabrała syna do domu.
[03:34:08] Pewnego dnia [po wojnie] [Janusz] Grabowski przyszedł i powiedział, że planuje ucieczkę do Anglii razem z dwoma kolegami. Boh. był już wtedy żonaty i nie zdecydował się. Na granicy Grabowskiego i kolegów złapano, dostali wysokie wyroki. Po jakimś czasie boh. jechał na tajne spotkanie do Lublina na KUL. Należał w parafii do stowarzyszenia i proboszcz go wydelegował. Podczas przesiadki w Skarżysku zobaczył nieogolonego mężczyznę. Potem stali niedaleko siebie w pociągu i poznał Janusza [Grabowskiego] – zachowanie kolegi. Wcześniej jego matka dostała list od syna z więzienia i różaniec z chleba pomalowanego krwią. Janusz Grabowski prosił, by różaniec zawiesić w kościele na obrazie Matki Boskiej. Pani Grabowska przyszła do boh. i prosiła o pomoc w załatwieniu tego z proboszczem. Ksiądz wyraził zgodę, ale do kościoła trzeba było przyjść w tajemnicy i zawiesić różaniec nie zapalając światła. Janusza Grabowskiego skazano na 14 lat, ale potem była rewizja wyroku. Pani Grabowska dowiedziała się o rozprawie i sprzedała trzy place w Garwolinie, jej mąż był przed wojną adwokatem i zginął w Oświęcimiu. W rewizji wyroku zmieniono go na 12 lat.
[03:39:05] Boh. znał Janusza Grabowskiego i jego siostrę. Kolega chciał, by ożenił się z nią i nie lubił żony boh. Grabowscy mieli ładny piętrowy dom, a boh. był synem robociarza. Gdy Janusz siedział w więzieniu, ubecy robili częste rewizje i siostra kolegi „dostała fisia”, wyszła nago na balkon i zabrano ją do szpitala psychiatrycznego. Po jakimś czasie boh. dostał list od nieznanego nadawcy, w którym Grabowski pisał, że jest za „zieloną” granicą. Okazało się, że uciekł z więzienia. Matka kolegi miała żal do boh., że widział się z nim w pociągu i nie powiedział jej. Kolega za granicą pracował w wywiadzie, a potem miał własną firmę budowlaną. Jego siostra dostała paszport i była u brata z wizytą, potem opowiadała o tym boh.
[03:41:44] Wiedziano, że dowódca [Wincenty Tomasik „Potok”] siedzi w więzieniu, ale nie było wiadomo gdzie. Boh. potrzebne było zaświadczenie do ZBoWiD-u i chciał do niego dotrzeć. Mówił o tym w pracy, usłyszała to jedna z urzędniczek, której mąż pracował w więziennictwie. Mąż znajomej dowiedział się, gdzie jest dowódca i boh. napisał do niego. Na pierwszy list nie dostał odpowiedzi, ale na drugi tak. Dowódca przysłał mu zaświadczenie. Tomasik siedział osiem lat. Spotkano się raz. W oddziale było wielu chłopaków ze Starachowic. Zdzisław Zieniewicz „Alter” wykonywał wyroki śmierci, jeden z konfidentów uciekł mu kilkanaście razy. Boh. widział, jak kolega chwycił konfidenta i ten mu uciekł. Potem egzekutor przyszedł do magistratu i położył broń na stole. Gdy sowieci zajmowali Starachowice, w domu konfidenta Niemcy zbierali się do ucieczki, w tym czasie wpadł tam „Alter” i wykonał wyrok. Potem boh. ukrywał go przez trzy tygodnie i załatwił mu lewe dokumenty.
[03:46:22] 25 czerwca 1944 [25 maja] Bolesław Papi był w obstawie akcji. Wyrok śmierci dostał szef gestapo okręgu radomsko-kieleckiego Erik [Erich Schitze, Schütze]. Podziemie go rozpracowało, gdy przyjechał na kontrolę do Starachowic, zaprowadzono go do restauracji, by go upić i „wykończyć”. Brał w tym udział m.in. Nowak [Michał Nowak „Pierwiosnek”]. Gdy Erika wyprowadzano z knajpy, „Alter” zaczął strzelać – „posiał po nich”, zamiast Niemców trafił Nowaka. Erik dostał postrzał w szczękę i ocalał, zabito go jakiś czas potem. Gdy zaczęła się strzelanina, Papi uciekał, gdy chciał przeskoczyć przez płot zastrzelił go Niemiec. Gdy Zieniewicz chodził na akcje sam, to wykonywał wyrok, gdy był z kimś, to ktoś był poszkodowany – pech Zieniewicza. W jego innych akcjach zginął młody chłopak, Gołaszewski, ktoś został ranny w rękę, ktoś inny w nogę. Później Zieniewicz sam wykonywał wyroki. Po wykonaniu wyroku na kolaborancie, który mu kilkanaście razy uciekał, Zieniewicz przyszedł się pochwalić. Boh. ukrywał zagrożonego Zieniewicza przez trzy tygodnie. Bał się gospodyni i listonosza, choć ten powiedział mu, że niszczy podejrzane listy.
[03:50:15] Wiedziano, że w jednym z domów, gdzie mieszkała matka z córką, spotykają się Niemcy. Boh. je znał, przez ich podwórko chodził do pracy. Trzeba było kobiety „uspokoić” – propozycja szefa łączności. W czasie akcji nie chciał być w środku, ale trzymał kamień i udawał, że to broń, gdy Niemcy wchodzili do środka. Poznano go po charakterystycznych koronach na zębach. Matka dostała sto batów na gołe ciało, a córka pięćdziesiąt. Ogolono im głowy. Następnego dnia, w niedzielę, boh. poszedł do kościoła. Narzeczona zapytała go, czy to prawda, że partyzanci rozbili zabawę w mieszkaniu znajomej. Jego udział się wydał, ponieważ pożyczył wcześniej ciemne okulary. Kobieta poznała dwóch partyzantów, braci Uzarów, którzy ją bili. Wspomnienie incydentu po wojnie – spotkanie na skrzyżowaniu ulic, boh. powiedział, że ma braci i dano mu spokój. O akcji i udziale Stanisława i Mieczysława Uzarów zawiadomiono gestapo. W Trzech Króli przyszli gestapowcy i Polak Antoni Nowakowski. Gestapowcy nie obstawili okien domu i do środka wszedł tylko Polak i zapytał Uzarową, czy jest jej syn Miecio, a przy okazji dał jej znak. Chłopcy uciekli przez okno. Wieczorem do boh. przyszła Uzarowa, chłopakom wyrobiono lewe dokumenty i ulokowano ich w gajówce.
[03:55:05] Zieniewicz zakochał się w Urszuli Urbanowicz, koleżance boh., ale w tym czasie mieszkał „na fuchę” z wdową. Koleżanka poprosiła boh., by obserwował Zieniewicza, czy nadaje się na męża – opinia wyrażona w liście do Urszuli, który znalazł jej adorator. Pewnego dnia boh. wracał z żoną z kościoła i Zieniewicz ich zaskoczył na ulicy – pogróżki, przeprowadzona rozmowa.
[03:57:06] Partyzanci brali jedzenie z okolicznych majątków. Pracowali tam ludzie związani z ruchem oporu i ułatwiali to. W drodze po żywność trzeba było przejść przez Iłżę, gdzie były posterunki różnych formacji niemieckich. Jeden z partyzantów znał dobrze niemiecki i miał mundur gestapowca, brał udział we wszystkich takich akcjach. Wcześniej plany zapisywał na pudełku zapałek. Starszy sierżant WP Miska przyprowadził dwunastolatka, rzekomego sierotę. Chłopak brał udział w akcjach aprowizacyjnych. Po rozpracowaniu i rozbiciu oddziału chłopak chodził w niemieckim mundurze i wskazywał miejsca związane z oddziałem – gdzie robiono pranie, stąd brano wodę. Przez partyzantów Niemcy spalili wieś Piotrowe Pole [22 września 1944, rozbicie oddziału Potoka miało miejsce 1 października]. Okazało się, że to „ten smarkaty”, który chodził potem w mundurze niemieckim. Boh. by o tym nie wiedział, ale po wojnie w jego wydziale pracy i pomocy społecznej był pracownik podobny do chłopaka – rozmowa z podwładnym na temat brata w partyzantce.
[04:00:43] Boh. nie wie, kiedy powstał oddział – gdy dołączył z kolegami, było ich już sześćdziesięciu sześciu. Po wojnie dowódca [Wincenty Tomasik, ps. Potok] siedział osiem lat. Dawni partyzanci mieli w Starachowicach mszę w sobotę o godz. 18, a w niedzielę jechali na mszę do Iłży, byli na cmentarzu, a potem jechali do lasu na miejsce walki. Po latach spotkano się dowódcą, który był wysokim i przystojnym mężczyzną. Boh. stał na chodniku, podszedł do niego Mietek Uzar, szef łączności, i wskazał niewysokiego mężczyznę, „maliznę”, to był dowódca. Boh. podał swój pseudonim i dowódca go pamiętał. Na uroczystości było ok. 60 kolegów, mszę odprawiał biskup, a proboszcz przygotował przyjęcie, zostało potem sporo jedzenia, które na drugi dzień zabrano do lasu. Tam zrobiono zbiórkę i pito wódkę jednym kieliszkiem. W lesie zebrało się ponad 50 chłopaków. Boh. mieszkał już wtedy w Rzeszowie i nie stanął do wspólnego zdjęcia. Nie było więcej takiego spotkania. Boh. nie wiedział, że dowódca zmarł. Tomasik ukrywał się przez trzy lata, ale ktoś go „wyszpiclował”, gdy uciekał został ranny w nogę i dostał się w ręce UB. Skazano go na 16 lat. „Szary” [Antoni Heda] dostał cztery wyroki śmierci, ale przeżył i został awansowany do stopnia generała.
[04:05:29] Partyzanci zrobili sobie szałasy w lesie, ale po kilku dniach Niemcy ich „wymacali” i trzeba było uciekać. Skierowano się w głąb lasu, do najbliższej gajówki było ok. 3 km, partyzantom chodziło o wodę i zaopatrzenie. Gdy wywiad doszedł do wniosku, że Niemcy się uspokoili, wrócono na miejsce wcześniejszego postoju koło wsi Piotrowe Pole. Akcja niemiecka rozpoczęła się dlatego, że rozstrzelano Kreislandwirta [Szczepańskiego]. Wcześniej „Potok” pertraktował z Niemcami na temat zwolnienia jeńców. Wypuszczono dyrektora zakładów zbrojeniowych oraz szefa lasów państwowych, który potem zginął, i kilkanaście innych osób, w tym żandarmów i gestapowców. Zatrzymano tylko Kreislandwirta, którego skazano na śmierć. Szwagier opowiadał, że przed rozstrzelaniem bardzo go zbito. Kreislandwirt był szefem wydziału rolnego i wrogiem Polaków, zamykał ludzi, którzy mieli problemy z oddaniem kontyngentu. Gdy boh. w 1939 r. pracował w Kazanowie, to przeprowadzono pierwszą akcję.
[04:08:24] Niemcy spalili wieś Piotrowe Pole prawdopodobnie przez partyzantów. Okazało się, że winowajcą nie był „smarkaty” partyzant, tylko zastępca leśniczego. Przed ucieczką ze Starachowic do Rzeszowa żona była w szpitalu i leżała obok kobiety z Piotrowego Pola. Żona znała tę wieś, ponieważ w 1939 r. jej rodzina uciekła do gajówki. Po wojnie leśniczy wygadał się, że do pacyfikacji doszło przez niego, a nie przez partyzantów. To on powiedział [Niemcom], gdzie partyzanci brali wodę i robili pranie. Wieś otoczono nad ranem, opowiadał o tym kolega z oddziału, którego siostra była łączniczką. Przeżyli ci, którzy wcześniej uciekli do lasu.
[04:10:11] Na terenie, gdzie boh. mieszkał od 1923 do 1941 była tylko ludność rdzenna, żadnej napływowej. W Kazanowie mieszkał „na fuchę” z kobietą Józef Matus. Kobieta miała dwie córki, pięciolatka była jego córką. Boh. był we wrześniu 1939 na tułaczce, gdy wrócił, zaczęły się aresztowania. Zatrzymano kilkanaście osób, w tym dwóch Żydów, obydwu księży, kierownika szkoły, pracownika zarządu gminy Jana Religę. Od czasu do czasu aresztowano kogoś: młynarza, bogatego gospodarza. Nie wiedziano, kto donosi, ludzie dobrze się znali. Boh. jako pracownik gminy znał wszystkich, do dziś pamięta nazwiska. Wieczorem 18 marca 1942, na drugi dzień po pogrzebie matki, dowiedziano się, że Kazanów został otoczony i spędzono ludzi [z kilku okolicznych wsi]. Na cmentarzu były przygotowane 32 groby. Świadkowie opowiadali boh., że wyczytywano nazwiska, ludzi doprowadzano nad groby i zabijano. Kolega Czesław, z którym boh. chodził na muzykę, uciekał, ale został zastrzelony. Jego mózg wisiał potem na gałęziach. W egzekucji zginęło 17 młodych Żydów i 15 Polaków. Chciano wiedzieć, kto doniósł. Kolega z konspiracji Tadeusz Marsula, syn wójta, „on się poświęcił rozpracować wszystko”. Po wkroczeniu Niemców Matus w niemieckim mundurze witał żołnierzy. Komendant policji granatowej opowiadał boh., że 4 września [1939] Matus, który jako oficer powinien już być w wojsku, przyszedł do gminy po podwodę. Zawieziono go do jednostki w Radomiu, zanim furmanka wróciła, to Matus już był w Kazanowie. Na początku okupacji zdjęto polskiego wójta, którego wybrano w marcu 1939. Matusa pilnowali żandarmi, z domu do pracy miał jakieś 400 metrów. Marsula zaręczył się ze starszą córką [kobiety, z którą żył Matus], przygotowywano się do ślubu i miał dostęp do domu. Pewnego dnia nie było żandarmów. Wpadło do domu trzech chłopaków, którzy wcześniej przecięli druty telefoniczne. Matus zdążył uderzyć jednego z napastników. Zastrzelono go oraz jego „kochanicę” i ich pięcioletnią córkę. Dwóm pozostałym dziewczynom powiedziano, że przez dwie godziny nie mogą o tym meldować. Gospodarstwo podpalono. Nie wypłynęło, kto wykonał wyrok i nie było konsekwencji, ale na noc chłopi uciekali do lasu. Potem aresztowania skończyły się. Boh. pracował w gminie do 30 września i wpisywał „martwe dusze” na listy kontyngentowe.
[04:18:13] Matus był jedynym obcym w okolicy i był dowód, że to on donosił. Boh. mieszkał 8 km od Kazanowa, ale znał go sprzed wojny. Matus był inżynierem i zakładał piorunochrony u bogatych gospodarzy. Z obozu po wojnie wrócił tylko pracownik gminy [Jan Religa], wcześniej rodzina dostała zawiadomienie, że zmarł. Potem pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości. Boh. już się z nim nie spotkał.
[04:19:26] Boh. był draśnięty w szyję, ale powiedział, że skaleczył się w lesie. Był dzień targowy i on [?] wściekł się. „To był człowiek chyba wykolejony (…), strasznie postępował z interesantami. To był ordynarny człowiek”. Pracownicy szli do pracy [w gminie] i bali się, czy przeżyją dzień.
mehr...
weniger
Bibliothek des Pilecki-Instituts in Warschau
ul. Sienna 82, 00-815 Warszawa
Mo. - Fr. 8:00 - 16:00 Uhr
(+48) 22 182 24 75
Bibliothek des Pilecki-Instituts in Berlin
Pariser Platz 4a, 00-123 Berlin
Pon. - Pt. 10:30 - 17:30
(+49) 30 275 78 955
Diese Seite verwendet Cookies. Mehr Informationen
Das Archiv des Pilecki-Instituts sammelt digitalisierte Dokumente über die Schicksale polnischer Bürger*innen, die im 20. Jahrhundert unter zwei totalitären Regimes – dem deutschen und sowjetischen – gelitten haben. Es ist uns gelungen, Digitalisate von Originaldokumenten aus den Archivbeständen vieler polnischer und ausländischer Einrichtungen (u. a. des Bundesarchivs, der United Nations Archives, der britischen National Archives, der polnischen Staatsarchive) zu akquirieren. Wir bauen auf diese Art und Weise ein Wissenszentrum und gleichzeitig ein Zentrum zur komplexen Erforschung des Zweiten Weltkrieges und der doppelten Besatzung in Polen auf. Wir richten uns an Wissenschaftler*innen, Journalist*innen, Kulturschaffende, Familien der Opfer und Zeugen von Gräueltaten sowie an alle an Geschichte interessierte Personen.
Das Internetportal archiwum.instytutpileckiego.pl präsentiert unseren Bestandskatalog in vollem Umfang. Sie können darin eine Volltextsuche durchführen. Sie finden ebenfalls vollständige Beschreibungen der Objekte. Die Inhalte der einzelnen Dokumente können Sie jedoch nur in den Lesesälen der Bibliothek des Pilecki-Instituts in Warschau und Berlin einsehen. Sollten Sie Fragen zu unseren Archivbeständen und dem Internetkatalog haben, helfen Ihnen gerne unsere Mitarbeiter*innen weiter. Wenden Sie sich auch an sie, wenn Sie Archivgut mit beschränktem Zugang einsehen möchten.
Teilweise ist die Nutzung unserer Bestände, z. B. der Dokumente aus dem Bundesarchiv oder aus der Stiftung Zentrum KARTA, nur beschränkt möglich – dies hängt mit den Verträgen zwischen unserem Institut und der jeweiligen Institution zusammen. Bevor Sie vor Ort Zugang zum Inhalt der gewünschten Dokumente erhalten, erfüllen Sie bitte die erforderlichen Formalitäten in der Bibliothek und unterzeichnen die entsprechenden Erklärungsformulare. Informationen zur Nutzungsbeschränkung sind in der Benutzungsordnung der Bibliothek zu finden. Vor dem Besuch empfehlen wir Ihnen, dass Sie sich mit dem Umfang und Aufbau unserer Archiv-, Bibliotheks- und audiovisuellen Bestände sowie mit der Besucherordnung und den Nutzungsbedingungen der Sammlung vertraut machen.
Alle Personen, die unsere Bestände nutzen möchten, laden wir in den Hauptsitz des Pilecki-Instituts, ul. Sienna 82 in Warschau ein. Die Bibliothek ist montags, dienstags und freitags von 8 bis 16 Uhr und mittwochs und donnerstags von 8 bis 19.30 Uhr geöffnet. Bitte melden sie sich vor Ihrem Besuch per E-Mail: czytelnia@instytutpileckiego.pl oder telefonisch unter der Nummer (+48) 22 182 24 75 an.
In der Berliner Zweigstelle des Pilecki-Instituts befindet sich die Bibliothek am Pariser Platz 4a. Sie ist von Dienstag bis Freitag von 10.30 bis 17.30 Uhr geöffnet. Ihr Besuch ist nach vorheriger Anmeldung möglich, per E-Mail an bibliothek@pileckiinstitut.de oder telefonisch unter der Nummer (+49) 30 275 78 955.
Bitte lesen Sie unsere Datenschutzerklärung. Mit der Nutzung der Website erklären Sie sich mit ihren Bedingungen einverstanden..