Totoń Anna
Anna Totoń (ur. 1940, Rożnów) pochodzi z rodziny od pokoleń zamieszkującej okolice Rożnowa. Wspomina rodziców i rodzeństwo, przytacza historie z przedwojennej i okupacyjnej historii Rożnowa. Opowiada o budowie jeziora rożnowskiego w latach 40-tych oraz o swojej szkole podstawowej, która mieściła się w siedzibie Stadnickich. Wspomina okres powojenny w Nowym Sączu, pracę w Instytucie Meteorologii oraz stan wojenny, a także początki swojej działalności na rzecz upamiętnienia dawnych dziejów Nowego Sącza.
more...
less
[00:00:08] Autoprezentacja boh. urodzonej w Rożnowie w czasie okupacji. Rodzącej matce pomagała akuszerka
[00:01:01] Jeśli chodzi o Nowy Sącz, to boh. nie jest „pniokiem”, ale „krzokiem”, na pewno nie „ptokiem”. Urodziła się w 1940 r., dom rodzinny stał w lesie. Górę wynajmował posterunek żandarmerii, mieszkał tam żandarm niemiecki z dużym psem. Do dwóch izdebek matka przygarnęła dwie rodziny. Po wojnie dom przebudowano.
[00:02:56] W latach 80. i 90. boh. opiekowała się matką. „W Polsce był atak, że Polacy donosili na Żydów, że Polacy zabijali Żydów”. Matka się tym denerwowała, do końca życia była sprawna umysłowo. Powiedziała córce, że gdy miała cztery lata i nosiła do piwnicy mleko, to nie było one przeznaczone dla kotka, ale dla dwójki ukrywanych Żydów, państwa Chosajów. Potem dzięki organizacji konspiracyjnej Chosajowie znaleźli się na Śląsku. Po latach odwiedzili matkę ze swoimi dziećmi.
[00:05:17] Ojciec był organistą, przyprowadzał do domu ludzi potrzebujących pomocy. Matka ich karmiła, odwszawiała. Boh. przez lata pamiętała imiona rożnowskich dziadów. Dzieci były nauczone, że najpierw posiłek spożywa przybysz, a potem one. Za komuny ojciec nadal pracował w kościele, ale nie miał pensji, biskup nie mógł go uznać za urzędnika. Trzeba było żyć z tego, co dawali ludzie. Ojciec był ojcem chrzestnym 47 dzieci. By wyżywić rodzinę zbierano grzyby, jagody. Po latach boh. stojąc nocami w kolejkach wspominała matkę.
[00:08:10] Ojciec urodził się we wsi Iwkowa, pochodził z wielodzietnej rodziny. Dziadek widział, że chłopiec ma talent muzyczny i nie chciał, by go zmarnował. Wyjechał „za chlebem” do Ameryki, tam zachorował na gruźlicę. Gdy wrócił, rodzinie żyło się trochę lepiej. Dziadek zmarł na początku [I] wojny – pracowitość jako cecha rodzinna. Ojciec kształcił się w rachunkowości, był sekretarzem Kasy Stefczyka w Rożnowie. Potem przez 60 lat był organistą i uczył młodych muzyki – listy z podziękowaniami od dawnych uczniów.
[00:12:27] Dziadek po powrocie ze Stanów zmusił organistę z Wojakowej, by przyjął ojca na naukę. Organista nie pozwalał grać chłopakowi na mszy, ale zachorował, a ktoś musiał zagrać na ślubie. Ojciec zagrał i zainteresował się nim organista z Iwkowej. Był na dwóch kursach dla organistów, potem został organistą w Rożnowie. Instrumenty muzyczne zajmowały dwa pokoje. Ojciec spisywał przyśpiewki weselne, razem z trzema kolegami założył zespół grywający na weselach. Dzięki temu rodzina nie głodowała.
[00:14:08] W czasie okupacji ojciec, ksiądz, dyrektor szkoły i sołtys byli zakładnikami. Odpowiadali za Niemców na posterunku. Ojciec wychodząc na pierwszą mszę żegnał się z matką, bo nie wiedział, czy go Niemcy nie zabiorą.
[00:15:03] Ojciec po wojnie krytykował władzę, przed [sic!] śmiercią Stalina przyjechali po niego „kibitką”. Ksiądz się „obwarował” na piętrze, a kościelny uciekł do lasu, więc przyszli do organisty – „pójdziesz pan i będziesz dzwonił dzwonami i ogłosisz ludziom we wsi, że umarł nasz wódz Stalin”. Ojciec odparł, że czcił Matkę Bosko Bolesną i może jej zagrać, ale Stalinowi nie. Zabrano go na posterunek w Nowym Sączu i córki do niego jeździły. Dowiedziały się od strażnika, w której celi siedzi ojciec i mogły z nim rozmawiać przez okno. Proboszcz Ryba i parafianie przyczynili się do tego, że ojca po dwóch tygodniach wypuszczono. Miał się co tydzień meldować na posterunku. Gdy raz się nie stawił, od razu przyjechano. [+]
[00:18:00] W czasie okupacji ojciec, Jan Dziedzic, pomagał przyjacielowi z konspiracji, który ukrywał się czasem w schowku przy stajni. Ojciec był niemieckim zakładnikiem i bał się – modlitwa do Matki Boskiej Bolesnej.
[00:19:20] Matka pochodziła z Witowic, była tzw. „panną z folwarku”. Folwark był duży i dobrze zagospodarowany. Rodzeństwo matki zmarło w czasie epidemii cholery i wychowywała się jak jedynaczka. Po latach, gdy boh. i jej siostry kłóciły się, matce to nie przeszkadzało, sama nie miała się z kim kłócić. Babcia była mądrą kobietą, tak wychowała matkę, że ta wszystko umiała, potrafiła też odróżnić dobro od zła. Dom był przy drodze łączącej Nowy Sącz z zaporą. Ktoś obcy wchodził do domu, a matka od razu wiedziała, czy to dobry człowiek czy zły, nigdy się w tym nie myliła.
[00:21:40] Matka wychowywała się bez ojca. Dziadek Stanisław Nieć służył w armii austriackiej, w „białej izbie” wisiał jego portret w mundurze. Babcia ciągle była sama, folwark był duży i miała pomoc. Wspomnienie drogi do kościoła w Tropiu z babcią – szacunek jakim się cieszyła. Dziadek trafił do niewoli i był na Syberii, gdy wrócił do domu, kilkunastoletnia córka go nie poznała. W 1929 r., dwa lata po powrocie do domu, dziadek utonął w Dunajcu, miał wtedy 44 lata. Babcia wyszła drugi raz za mąż za dobrego człowieka, ale to jednak był dla matki ojczym, a nie ojciec. Matka miała wielu adoratorów, po ślubie zamieszkano w starej organistówce, potem wybudowano nową organistówkę i tam rodzina się przeniosła.
[00:26:35] Babcia mieszkała niedaleko lasu, w którym rosły jagody. Siostry boh. opowiadały jej, że do Ameryki pojechali młodzi mężczyźni z Iwkowej, którzy w rodzinnych stronach nie mieli na dokupienie ziemi. Dziakowie mieli kilkoro dzieci. Był przełom XIX i XX w., do „Hameryki” płynięto statkiem. W Stanach dziadek [Jan Dziedzic] zachorował na gruźlicę i jego pracodawca dał mu „wyposażenie” na powrót do domu. Dziadek chorował i zmarł w 1940 r. Matka miała żal do ojca, że tak niewiele wiedział o dziadku, i że został organistą.
[00:28:30] Gdy boh. była w szkole, nie mówiono na nią Anka, tylko Nuśka albo „organiścianka”, to ją denerwowało. Potem wytłumaczyła sobie, że jej zazdroszczono. Ojca szanowano, „ja jestem przeszczęśliwa, że miałam takich rodziców”. Boh. tak samo stara się wychować swoje dzieci, w szacunku dla Boga, osób starszych i pracy. W rodzinie boh. przeżyły tylko córki, chłopcy umierali na skutek konfliktu serologicznego. Zasady wpojone przez matkę, jej charakter, atmosfera w domu, zachowanie godności w życiu – refleksje. Jedna z sióstr była lekarką i mieszkała we Wrocławiu. Druga siostra w rodzinnej wsi była motorem różnych działań. Istota tego, co się wynosi z domu – czasy współczesne, dywagacje.
[00:32:45] Rodzice byli zaprzyjaźnieni w budowniczymi zapory w Rożnowie, bale i rauty z inżynierami. Francuzi przyjechali do wsi zabitej deskami, to oni budowali drogę do Sącza, a dokończyli ją Niemcy. Ojciec jako organista był honorowany. Wielu ludzi z okolicy znalazło pracę przy budowie zapory. „Potem ta nieprzyjemna historia” – praca na budowie Żydów i jeńców w czasie okupacji. Jest zdjęcie z wizytacji budowy przez prezydenta [Ignacego] Mościckiego, w pracach brała udział elita polskich inżynierów, dla których wybudowano wille. W czasie okupacji wszystkim zawiadowali Niemcy, z domu, w którym odbywały się spotkania, prelekcje, zrobili kasyno. Boh. rozmawiała z panem, który jako młody chłopak pracował na budowie – problemy budowniczych. Gdy zaczęto napełniać jezioro, wybuchła wojna. Jeden z pracowników opowiadał, że po 1945 r. ludzie byli oburzeni, gdy Niemcy pisali w swojej prasie, że to oni zbudowali zaporę. Partyzanci AK uniemożliwili wysadzenie zapory.
[00:37:05] W czasie okupacji naprzeciwko zamku Zawiszy Czarnego był bunkier, szły od niego okopy, które budowała ekipa organizacji Todta. Okopy dochodziły do Dunajca i biegły koło domu boh. Rosjanie weszli znienacka. Babcia z radości, że wojna się kończy, dała matce kurę. Zapach rosołu poczuł Rosjanin, który wszedł do domu, by zobaczyć, czy nadaje się na bazę łącznościową. Rosjanin kazał podać kurę [żołnierzom], a dzieciaki „beczały po kątach”. Refleksja na temat powracających wspomnień.
[00:39:40] Boh. mieszkając w Sączu była dyskryminowana za przynależność do związku, to nie była Solidarność, tylko organizacja zrzeszająca meteorologów. Gdy był strajk „Solidarności” w ratuszu, przychodziła pod budynek razem z innymi mieszkańcami miasta. Boh. nigdy nie interesowała polityka.
[00:40:30] W czasie okupacji ojciec zabronił matce i córkom chodzenia w okolice obozu pracy. Jeden „godniejszy” był na tzw. błoniach, teraz stoją tam domy. Boh. chodziła do szkoły, która mieściła się w dworze Stadnickich. Początkowo chodziła do szkoły koło domu, a potem do szkoły w dworze. Matka wspierała panią Stadnicką. Gdy ojciec nie mógł grać w kościele, to proszono o to panią Stadnicką, która grała też w okolicznych kościołach. Inna ze Stadnickich namalowała polichromię w kościele rożnowskim. Obozy żydowskie były blisko Ostrej Góry, Żydzi pracowali w koszmarnych warunkach.
[00:43:05] Dyrektorką szkoły była Maria Kozicka. Nie patyczkowała się i gdy ktoś czegoś nie umiał, to biła gumą po dłoniach. Boh. miała na rękach pęcherze od bicia. Była niesforna i spóźniała się do szkoły, bo nie lubiła rano wstawać. W końcu ojciec się zdenerwował i poszedł do szkoły, potem było lepiej, musiała bardzo nabroić, by dostać szkole lanie. Potem boh. uczyła się w szkole, która mieściła się w dworze Stadnickich. Ze szkoły chodziło się przez tzw. strachy – legenda o zamurowanej żonie wielmoży. Zimą prze ten las nie chodzono, ale wiosną koledzy straszyli dziewczyny na drodze. Przy dworze był piękny park, zaniedbany w czasach komuny. W szkole były zespoły folklorystyczne, boh. zagrała w „Królowej śniegu”, matka szyła stroje. Uczniów zza Dunajca przewożono łodziami.
[00:47:14] Po wybuchu wojny Niemcy pojawili się znienacka. Pierwszy Niemiec nie był w mundurze, prawdopodobnie był z „piątej kolumny”. Po drugiej stronie wzgórza Żyd miał sklep, wszystko tam można było kupić „na borg”. Obok był zakład fotograficzny, w którym pracował Polak. Po wybuchu wojny Żyd namawiał ludzi do kupowania towarów, matka to zlekceważyła – gdy udała się do sklepu, było w nim tylko mydło – sól i cukier w czasie okupacji. Po latach boh. pytała ją, jak zapamiętała początek wojny, to matka wspominała dudnienie dochodzące z drogi wiodącej od Sącza w stronę zapory. Rozmieszczenie posterunków [niemieckich] we wsi, w domu boh. mieszkał żandarm.
[00:49:55] W okolicy nie mieszkali protestanci, ale do budowy zapory przyjeżdżali ludzie różnych wyznań. Ojciec miał zapisane, ile kto dał na kościelne dzwony – datek od osoby, która nie chodziła do kościoła. Nie było takiej narodowości jak Łemkowie – sklepy żydowskie w Rożnowie. W czasie sumy ojciec obserwował ludzi z chóru – jego obserwacje.
[00:51:53] Kolega ze szkoły, potem ksiądz, mówił o ukrywanej rodzinie żydowskiej, która przeżyła wojnę, ale boh. to nie interesowało. Incydent z dzieciństwa, noszenie mleka do piwnicy, [w której ukrywano Żydów] poznała jako sobą dorosła. Lekarz [Stefan] Durkot został rozstrzelany [w 1941 r.]. Matka w tamtym czasie widziała, że lekarz zniknął. Po latach opowiadała o problemach życia codziennego w czasie okupacji.
[00:53:28] Boh. skończyła siedmioklasową szkołę w Rożnowie. Siostra studiująca w Białymstoku powiedziała rodzicom, że zaopiekuje się boh. i zapisze ją do liceum w Siemiatyczach. W tej szkole była tylko pół roku, gdy zachorowała musiała wrócić do domu. Ojciec zapisał ją do szkoły krawieckiej. W tej placówce była trzy dni. Poszła do dyrektora II LO [Antoniego] Bulandy i zapytała, czy może się do tej szkoły przenieść. Reakcję ojca musiała przesiedzieć za szafą, ale dostała jego zgodę na zmianę szkoły. Naukę zaczęła w październiku, nikt nie chciał z nią siedzieć, „bo dziopa ze wsi, a to przecież wszystko miastowe”. Marysia Ciara, później Piniańska, zaprosiła boh. by usiadła koło niej „i tak zostałyśmy przyjaciółkami do dzisiejszego dnia”. Boh. mieszkała w internacie.
[00:56:35] Po skończeniu liceum złożyła papiery na UMCS w Lublinie, chciała tam studiować biologię. Był rok 1958, powódź spowodowała zamknięcie mostu w Kurowie, droga przez Tarnów spowodowała, że spóźniła się na egzamin. Próbowała w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie, ale ostatecznie znalazła się w Studium Meteorologicznym w Warszawie przy ul. Podleśnej. Po ukończeniu studium zaczęła pracować w Instytucie Meteorologii w Nowym Sączu przy ul. Pijarskiej „i tu właściwie zaczęło się moje drugie życie”.
[00:57:38] Boh. jako licealistka chodziła na tańce do klubu ZMP. Za wstęp na fajfy płacono grosze – zespół złożony z kolegów, „ja dzisiejszej młodzieży współczuję, bo myśmy się bawili, myśmy się cieszyli sobą” – zachowanie młodzieży. Boh. jeździła do domu i pomagała rodzicom. Potem wyszła za mąż.
[00:59:33] Boh. była „zachłyśnięta” Nowym Sączem. Gdy była w ciąży, robiła uprawnienia przewodnickie i poznała miasto dzięki ludziom. Znała m.in. [Józefa] Bieńka, „ten człowiek potrafił wywrócić na drugą stronę żołądek i uprzytomnić, gdzie ty kobieto żyjesz, co to jest prawda, a co to było, a co to może być”. Bieniek był dyskryminowany [przez władze], boh. nie zdawała sobie z tego sprawy. Gdy została przewodnikiem, była związana z panią [Ireną] Styczyńską – opinia na jej temat. Boh. uczył prof. [Eugeniusz] Pawłowski, trzy razy musiała zdawać egzamin z dykcji, „ale to wyszło na dobre”. Wspomnienia polonistki, która stawiała boh. trójki, dopiero maturę z polskiego napisała na czwórkę.
[01:02:02] Boh. zaczęła poznawać Nowy Sącz, gdy w 1993 r. razem z panią Styczyńską zaczęła pisać pierwszy przewodnik po mieście. Nie było w nim reklam, ale były unikalne szkice Edka Storcha. Wtedy boh. pokochała miasto.
[01:02:50] Boh. dostała w prezencie dobrej jakości aparat fotograficzny i zaczęła fotografować Nowy Sącz. Redaktor „Rocznika Sądeckiego” Mietek Smoleń chciał, by przynosiła zdjęcia do kroniki, która potem zrobiła furorę. Boh. zaczęła pisać, zbierać materiały. Teraz żałuje, że w czasie swojego życia nie robiła notatek ze spotkań z różnymi ludźmi. Od 1956 r. pisała pamiętniki, zostały jej też pamiętniki ojca.
[01:04:04] Prof. Eugeniusz Pawłowski uczył przyszłych przewodników dykcji, wysławiania się, poprawnej polszczyzny i historii literatury. Wspomnienie nauczycielek: pani Gawrońskiej i [Anny] Grefner, jej ojciec wyprowadzał I Korpus z Nowego Sącza do Legionów. Kierowniczką internatu była [Elżbieta] Ombach – nauka dobrej organizacji czasu i porządku. W sali było dwanaście dziewczyn, które się nie kłóciły. Z żyjącymi koleżankami boh. utrzymuje kontakt do dziś.
[01:07:14] Opinia na temat współczesnego Nowego Sącza, boh. jest zadowolona, że już nie oprowadza wycieczek. W 1992 r. na 700-lecie miasta prezydent Jerzy Gwiżdż dokonał cudu i miasto kwitło, „kto przyjeżdżał to dziób otwierał”. Obecnie w opinii boh. żyjące miasto to ulica prowadząca do Gołąbkowic. Przy Nawojowskiej stoją „idiotyczne” supermarkety. Nie ma połączenia autobusowego między Nowym Sączem a Starym Sączem.
[01:09:20] Boh. raz powiedziała mężowi, że płakała po śmierci Stalina – sytuacja w szkole. Mąż chcąc jej dokuczyć mówi, że on nie płakał. Stosunek boh. do polityki. Boh. od dwudziestu lat jest karmelitanką bezhabitową i jest z tego dumna – refleksja na ten temat.
[01:10:54] W 1981 r. boh. pracowała w Instytucie Meteorologii. Służba była dwunastogodzinna. 13 grudnia poszła rano do pracy. Na Plantach została zatrzymana i poproszono ją o dowód osobisty – zachowanie funkcjonariusza, obawa, że to złodziej. Boh. wpakowano do auta i przewieziono na posterunek MO – podanie herbaty. Przyszła do pracy o godz. 9 zamiast o 7 rano. Milicja zablokowała służbowe telefony, radiostację i radiotelefon. Stacja w Sączu pełniła funkcję placówki osłonowej, przeciwpowodziowej – brak możliwości kontaktu z obserwatorami w terenie oraz przekazywania meldunków do Krakowa. Boh. należała do Solidarności. Ktoś wsunął jej pod drzwi kartkę, by na kilka dni zniknęła z domu. Wyjechała do rodziców, a do domu przyszli funkcjonariusze, nikt jej tam nie szukał. [+]
more...
less
See similar materials in the "Chronicles of Terror" testimonies database: